Relacja z czwartego dnia Bruno Schulz. Festiwal 2021

Festiwalowy piątek przyniósł trzy spotkania. Każde inne, bo też trudno o tak różnych gości, jak profesor nauk humanistycznych Jacek Leociak, pisarz Andrzej Bart i reportażysta Artur Domosławski. A jednak coś ich łączy: zaduma nad kwestiami żydowskimi i innością.

Dzień zaczęliśmy od nieoczywistego spotkania „antyklerykała integralnego” z teologiem. Prof. Jacek Leociak i Sebastian Duda rozmawiali o książce wyrosłej z gniewu, niemieszczącej się w kanonach dyskursu naukowego. „Młyny Boże”, bo o nich mowa, nie są wyczerpującym, analitycznym opracowaniem problemu stosunku Polaków do Żydów w okupowanej Polsce ani stosunku katolicyzmu do judaizmu, a jednak podejmują te sprawy bardzo dobitnie, przedstawiając korzenie antyjudaizmu chrześcijańskiego, który doprowadził do rozwoju antysemityzmu. Teza tej książki jest bardzo wyrazista: instytucjonalny wymiar chrześcijaństwa przyczynił się do tego, że mogło dojść do zagłady. Przy czym, co warto podkreślić, nie jest to wcale publikacja historyczna, choć od historii wychodzi. Pozostaje aktualna i dziś – każdy z nas ma w sobie potrzebę zrozumienia, co się wokół niego dzieje na styku Kościoła instytucjonalnego, Żydów i Holokaustu i szerzej: w jaki sposób Kościół formatuje naszą świadomość dotyczącą tego, co poza nim, co obce, inne (a prototypowym innym są od dwóch tysięcy lat Żydzi).

Kwestie polityczne i systemu kościelnego to jedna sprawa, druga – to kwestie teologiczne. Prof. Leociak z perspektywy „szarego człowieka” pyta: skąd ta potrzeba odróżnienia się, zróżnicowania? Przecież jesteśmy tak podobni, wyszliśmy z tej samej synagogi – jak to się zatem stało, że teraz tak się dystansujemy do Żydów, odcinamy się od nich? Jak to się stało, że z relacji międzyludzkich przeszliśmy do relacji ludzie–nieludzie?

bsf4-1

To trudne pytanie. Autor próbuje na nie odpowiedzieć, przywołując fragmenty z historii i postaci znane w kulturze polskiej, niemal emblematyczne, takie choćby jak ksiądz Jan Piwowarczyk czy ksiądz Stanisław Trzeciak, pokazujące katastrofę moralną chrześcijaństwa, budowanego na odebraniu jednej grupie miana człowieczeństwa. Możemy to zresztą odnieść również do tak aktualnego problemu uchodźców. Podobnie jak Żydów w czasie drugiej wojny światowej, stawia się ich dziś poza granicą odpowiedzialności moralnej, wykorzystując do tego teologiczny koncept ordo caritatis. I wystarczyło zaledwie kilka miesięcy nachalnej propagandy.

Transmisja ze spotkania

Później zaś na scenie Prozy pojawił się „Thomas Pynchon polskiej literatury” – Andrzej Bart. Nie chodzi, rzecz jasna, o podobieństwo książek, lecz zachowań: podobnie jak Pynchon, Bart nie dyga przed publicznością, jest skryty, nie mówi o sobie, lecz zasłania się dziełem. Dla nas jednak dygnął. I bardzo nas to cieszy!

Zróbmy wszakże tak, jak życzy sobie autor „Rien ne va plus”, czyli skupmy się na dziele. „Dybuk mniemany”, najnowsza powieść pisarza, to książka niezwykła, bo doprowadzająca do ekstremum to, co Bart robi od zawsze w swojej twórczości – czerpanie z kultury i z samej siebie. Narratorem jest tu pisarz Andrzej, do którego przychodzi niejaki Daniel Czarewicz, syn przedwojennego producenta filmowego z prośbą (czy może raczej poleceniem) spisania jego historii. Początkowo niechętny dokumentalista daje się ponieść opowieści – i dzieli się swoją. Ów Czarewicz to wypadkowa przyjaciół Barta, którzy od czterdziestu lat siadają na jego kanapie i opowiadają, opowiadają… A z drugiej strony ma w sobie cechy samego pisarza. Może zatem Daniel jest rodzajem lustra albo sobowtórem, któremu Bart otworzył drzwi?

bsf4-2

Na naszym festiwalu tematy żydowskie wracają same z siebie, tak jakby patron zmuszał nas do myślenia i mówienia o Żydach. Bartowi też te kwestie zawsze były bliskie. Ale „Dybuk mniemany” – mimo że opowiada o kimś, kto wyszedł z getta – zdaje się najmniej żydowski w jego twórczości. W tej wielowarstwowej i wielonarracyjnej biografii literackiej, jak nazwał powieść prowadzący spotkanie Irek Grin, autor diagnozuje przede wszystkim Polaków. Bart niczym dybuk (przypomnijmy: dybuk to w tradycji żydowskiej demon, który przejmuje czyjeś ciało i mówi za jego pośrednictwem) opętuje swojego bohatera, nie pozwala mu mówić tylko jego językiem i tylko jego sprawami, przeciąga się z nim na historie. I robi to w taki sposób, że czytanie tej powieści nie ma końca, a każda kolejna lektura przynosi nowe odkrycia.

Transmisja ze spotkania

Wieczorem Prozę Klub Wrocławskiego Domu Literatury odwiedził Artur Domosławski. Autor kontrowersyjnej biografii Ryszarda Kapuścińskiego spotkał się z reportażystką Ewą Winnicką, by porozmawiać z nią o swojej najnowszej książce: „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana”.

Zaczął jednak od opowieści o tym, jak skomplikował sobie życie. Autor „Gorączki latynoamerykańskiej” jest z wykształcenia teatrologiem, lecz dzięki polskiej transformacji ustrojowej odkrył, że bardziej niż scena teatralna interesuje go scena polityczna. Przez chwilę wydawało mu się zatem, że będzie reporterem i publicystą politycznym – ale polityka dosyć szybko go zmęczyła. A pierwsza wyprawa do Ameryki Łacińskiej zapoczątkowała w jego życiu proces zastanawiania się nad światem i jego kształtem. Pozwoliła mu też zrozumieć i docenić PRL. A także poznać Zygmunta Baumana.

bsf4-3

Ten „rozsadzacz” porządku i chrześcijańskiego układu, patron światopoglądowej przemiany, która dokonała się po 1989 roku, był dla Domosławskiego odkryciem: oto znalazł się ktoś, kto może być jego przewodnikiem po tym komplikującym się świecie. Tymczasem Bauman, jeden z najważniejszych myślicieli naszych czasów, którego wpływu na myśl społeczną nie da się porównać z niczym innym, jest zdaniem niektórych „bezwzględną lewacką kreaturą”, „wyjątkowym zdrajcą Polski”. Jak to się dzieje, że socjolog wydobywa z niektórych najlepsze cechy, myśli i odruchy, a z innych – mroczne pokłady uprzedzeń, nienawiści, pogardy wobec kogoś, kto jest postrzegany jako obcy, kto ma za sobą inną drogę polityczną, inną trajektorię życia? Co takiego było w Baumanie, że awansował do roli kozła ofiarnego w naszej historii? W pewnym sensie autor „Płynnej nowoczesności” był człowiekiem „społecznie słabym”. Co prawda miał poparcie na uniwersytecie, ale nie wywodził się z warszawskiej inteligencji, nie przynależał do niej – a w kogoś takiego łatwiej uderzyć. To, że był Żydem, też nie ułatwiało sprawy. Bauman mawiał, że ojczyzna jest tam, gdzie człowiek jest rośliną, nie zwierzęciem. On zaś w Polsce korzeni nie zapuścił. Bez wątpienia bolało go to nieustanne wypędzanie i choć kilkakrotnie niebo runęło mu na głowę, dokonał czegoś niesamowitego: przekuł doświadczenie we wspaniałe książki, dzięki którym może być przewodnikiem młodych ludzi.

Bauman mawiał, że jest pesymistą na krótką metę, ale optymistą na dłuższą. Solidarność, dbanie o swoje człowieczeństwo i o najsłabszych, nieodwracanie oczu od cierpienia – to najważniejsze myśli tego filozofa, pokazujące już nie jego wiedzę, lecz mądrość. Dlatego kończymy apelem: spróbujmy wcielić te postulaty w życie.

Transmisja ze spotkania

Ewa Dąbrowska

fot. Max Pflegel